Sty 19 2009

Analiza SWOT Centrum Projektów Informatycznych

Oto analiza Bywalca przedsięwzięcia pt. CPI, które przejmuje właśnie pod swoje skrzydła informatykę rządową.

Strony silne

· Podporządkowanie ministrowi właściwemu ds. informatyzacji (czyli MSWiA) ustawa o informatyzacji daje mu uprawnienia nadzorcze.

· Silna wola polityczna ze strony ministra nadzorującego.

· Kadra menedżerska w CPI z górnej półki administracji.

Strony słabe

· CPI jest w trakcie tworzenia (a kadry decydują o wszystkim, jak mawiał W.I. Lenin).

· 80% projektów zgłoszonych przez urzędy administracji to nie nowe rzeczy, o których mówi CPI, a rozwój i utrzymanie w działaniu tego, co już jest. Choć wiedza na ten temat jest w tych urzędach, a nie w MSWiA/CPI.

· Nie jest do końca jasne, kto będzie Głównym Użytkownikiem w procesie realizacji projektów – departamenty informatyczne MSWiA?

· Niejasne są również powiązanie zadań CPI z zadaniami Planu Informatyzacji Państwa oraz 7 i 8 osią Programu Operacyjnego “Innowacyjna Gospodarka”, ale może chodzi o rolę Departamentu Informatyzacji vs Departamentu Społeczeństwa Informacyjnego MSWiA.

Szanse

· Duże oszczędności z konsolidacji przetargów.

· Oszczędności kadrowe w całej administracji.

· Ktoś w końcu zajmie się na poważnie “wspólną częścią” systemów IT całej administracji, co równoznaczne jest z interoperacyjnością jej systemów informatycznych.

· Oszczędności wynikające z pełnej rzeczywistej koordynacji przedsięwzięć.

Zagrożenia

· Ten, kto ma informacje ten ma władzę, a więc będzie opór szefów urzędów przed tym, że będą mieli pośredni wpływ “na swoje” systemy informacyjne.

· Wielkie skonsolidowane przetargi organizowane przez CPI zawężą rynek zamówień do dużych albo wręcz bardzo dużych firm IT.

· Nie jest powiedziane, że najlepsi informatycy z urzędów przejdą do pracy w CPI, a nie do dużych i bardzo dużych firm IT. A wiedzy raz straconej nie sposób odbudować.

Więcej o roli CPI w projektach IT pisaliśmy w artykule “Projektów na kopy“.


Sty 19 2009

Google już nie jest rajem…

…dla pracownika. Firma – dostosowując się do obecnej sytuacji gospodarczej na świecie – poinformowała, że zwolni ok. 100 pracowników. Firma ogranicza też nowe rekrutacje.

To pierwsze zwolnienia w historii firmy i dotyczą 25% osób zajmujących się w Google rekrutacją. Firma ograniczyła też liczbę pracowników kontraktowych i niektóre przywileje dla pozostałych. Wszystko, aby wprowadzić oszczędności.

Google zamierza również zamknąć niektóre centra rozwojowe. We wrześniu 2008 r. koncern zapowiedział zlikwidowanie jednego z biur w Stanach Zjednoczonych (w Phoenix, stan Arizona) i przeniesienie pracowników do innych, już istniejących oddziałów. Obecnie mają zostać zamknięte biura w teksańskim Austin, norweskim Trondheim i szwedzkim Lulea. Według własnych zapewnień Google chce zatrzymać u siebie wszystkich, zatrudnionych w tych centrach 70 inżynierów i przenieść ich w inne miejsca. Choć firma przyznaje zarazem, że prawdopodobnie nie zdoła zrealizować tego planu.

Jak się nieoficjalnie dowiaduje Bywalec, część inżynierów z Norwegii i Szwecji zostanie przeniesiona do Krakowa (ok. 20 osób). Firma – przynajmniej tak wynika z danych z jej strony – wciąż też szuka pracowników do biur w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu (ok. 12 osób m.in. na stanowiska engineering director, senior software engineer in test, software engineer in test, czy technical lead/manager).

Google było do tej pory uznawane za raj dla pracowników – o ile już się tam dostali przez skomplikowane sito rekrutacji – którzy mieli m.in. swobodę w realizacji swoich pomysłów. Obecne oszczędności spowodowane są tym, że firma spodziewa się “jedynie” 20 proc. wzrostu przychodów, a nie 60 proc., do którego była dotąd przyzwyczajona. Choć trudno powiedzieć, czemu kierownictwo Google miałoby być niezadowolone z wyników? W III kwartale br. – przy przychodach na poziomie 5,54 mld USD – firma miała zysk netto w wysokości 1,29 mld USD.

Google zatrudnia w sumie ok. 20 tys. pracowników, zwalnia 100. Niby niewiele. Ale widać, że Google nie jest już tą samą firmą, jaką do niedawna znaliśmy. Stał się korporacją, która musi dbać o to, aby pokazywać giełdowym analitykom stały wzrost przychodów i zysków, by cena jej akcji utrzymywała odpowiednio wysoki, satysfakcjonujący dla akcjonariuszy poziom.