Mar 17 2006

Smok gotowy do wejścia

Lenovo, czyli IBM, czyli jednak Lenovo, zaprezentowało swoją ofertę komputerów kierowaną na polski rynek. W oprawę spotkania, oprócz oczywistych technik przekazu marketingowego (muzyka, drinki, sałatki) wpleciono także element rywalizacji sportowej. Uczestnicy konferencji mogli spróbować sił w wirtualnych skokach narciarskich, które odbywały się oczywiście na ekranach notebooków produkowanych przez Lenovo. Nawiązanie do akurat tej konkurencji jest bardzo łatwo rozszyfrować – Lenovo było przecież sponsorem zimowej olimpiady. Może także kojarzyć się w jeszcze inny sposób – oto chiński smok z mamuciej skoczni będzie atakował pozycje swoich rywali i wskoczy na plecy Acera, HP, Fujitsu Siemens, Toshiby, albo poszybuje wysoko nad nimi, lądując na najwyższymi miejscu podium. Jeśli taki jest plan, to firmę czeka jeszcze długa droga do jego realizacji. Na razie Lenovo nie ustaliło dostatecznie precyzyjnie z kim zamierza się najaktywniej ścigać oraz w jaki segment rynku będzie mierzyć z urządzeniami własnej marki.

Przed Lenovo stoi bardzo poważne zadanie. Firma musi przekonać odbiorców, że produkowane przez nią komputery zasługują na to aby nosić logo IBM oraz, że sprzęt jaki oferuje pod własną marką może śmiało konkurować z obecnymi liderami bardziej masowego rynku. Jeśli chodzi o notebooki ze znaczkiem Lenovo już na pierwszy rzut oka widać, że to niższa półka niż IBM. “Obudowy są faktycznie trochę tańsze, ale bebechy to prawie to samo” – przekonują przedstawiciele Lenovo. W połączeniu z odpowiednio dobranymi cenami i należycie wysokim poziomem obsługi klienta Lenovo może faktycznie powalczyć o część rynku.

Nasza krótka ‘zabawa’ z nowymi notebookami IBM nie kończy się wnioskiem – “Kurcze, ale oni teraz tandetę klepią”. Wykonanie komputerów nie nosi widocznych “znamion transakcji” z azjatyckim partnerem. Ale to tylko bardzo pobieżne “testy”. Tak czy owak przywoływanie obiegowej opinii o chińskiej jakości rzadko ma teraz jakiekolwiek uzasadnienie. Dywagacje powinny sprowadzać się raczej do ogólnej dyskusji na temat jakości produktów i obecnej właściwie we wszystkich gałęziach przemysłu strategii pt. “Panowie, zróbmy to taniej”. Coraz trudniej natknąć się na urządzenie elektroniczne na którym nie widnieje metka “made in China”, a każdy kto widział np. chińskie wzmacniacze audio marki Vincent mógł na dobre wyzbyć się uprzedzeń. Zapewne nie wszystkich. Pewien porządek świata zostanie przecież zachowany – na przykład w branży motoryzacyjnej. Jeszcze długo, długo będziemy bardziej ufali produktom z Wolfsburga czy Stuttgartu niż propozycjom z fabryk należących do Jiangling Motors, Brilliance Auto czy Geely Holding.


Mar 17 2006

Prezes EDS w Polsce – jaki ma tu C(e)L?

Aż na trzy dni przyjechał do Polski Jeffrey Heller, prezes EDS. Celu tej wizyty nie znamy, ale wstępnie udało nam się ustalić, że ten zasłużony menedżer nie ma w Polsce rodziny, którą mógłby odwiedzić. Jego przyjazd był okryty tajemnicą, nawet w polskim oddziale usługowego potentata IT nie wiedziano o wizycie szefa wszystkich szefów. Mieliśmy sporo szczęścia, że przez ułamek sekundy dostrzegliśmy go w hallu głównym lotniska Okęcie w towarzystwie znanej osoby z krajowej branży.

Szkoda, że nie dane nam było zamienić paru słów z Mr. Hellerem, bo postać to nietuzinkowa. W 2003 r. przeszedł na emeryturę po 35 latach pracy w EDS i niemal natychmiast powrócił na fotel prezesa. Na outsourcingu zjadł zęby. Pocieszamy się, że ponoć już niedługo ma się nadarzyć kolejna okazja na spotkanie z prezesem EDS. Za miesiąc znowu ma wylądować na Okęciu.

Jeffrey Heller przyjechał do Polski w interesach. Cóż innego mógłby tu robić przez 3 dni??? W tym czasie zdążyłby spotkać się ze wszystkimi ministrami i kluczowymi klientami, a i tak starczyłoby mu czasu by zjeść lunch z każdym pracownikiem polskiego oddziału. Hipotezy są dwie. Albo EDS interesuje się jakimś megakontraktem w sektorze publicznym. Albo już nawet do Teksasu, gdzie mieści się kwatera główna EDS dotarły pogłoski, że taniej niż teraz Computerlandu już się nie da kupić.


Mar 17 2006

Spotkaliśmy szczęśliwego bezrobotnego

Czasem warto urwać się z redakcji… W godzinach jak najbardziej biurowych w dużym stołecznym centrum handlowym spotkaliśmy Jana Smólskiego. Jeszcze całkiem niedawno kierował EMC, a w przeszłości oddziałem Compaqa u schyłku świetności tej marki.

Pogłoski o tym, że branża IT płaci coraz lepiej nie są ani trochę przesadzone. Człowiek od ponad pół roku żyje z odprawy i w niczym nie przypomina bezrobotnego menedżera z przejmujących reportaży w Gazecie Wyborczej. Zrelaksowany, odprężony spaceruje po galerii, do korporacyjnej roboty mu nie spieszno. Jak sam mówi, wróciłby do IT gdyby nadeszła propozycja budowy czegoś od podstaw tak, jak EMC w Polsce przed ośmioma laty. Póki co, sądząc po zainteresowaniach sklepowych, koncentruje się na budownictwie i dekoracji wnętrz.

Młodszemu pokoleniu wypada przypomnieć, że była kiedyś taka firma Compaq, która wsławiła się m.in. tym, że w jej polskim oddziale standardowym służbowym samochodem był Lexus. Wprawdzie nie LX 470, ale zawsze to Lexus. Gdyby menedżerowie Compaqa zadowolili się Astrą albo Mondeo być może Hewlett-Packard nie musiałby aż tak przepłacić za przejęcie konkurenta. A propos Jana Smólskiego, na śmierć zapomnieliśmy zapytać co porabia brat Piotr. Ktoś wie?