Smok gotowy do wejścia

Lenovo, czyli IBM, czyli jednak Lenovo, zaprezentowało swoją ofertę komputerów kierowaną na polski rynek. W oprawę spotkania, oprócz oczywistych technik przekazu marketingowego (muzyka, drinki, sałatki) wpleciono także element rywalizacji sportowej. Uczestnicy konferencji mogli spróbować sił w wirtualnych skokach narciarskich, które odbywały się oczywiście na ekranach notebooków produkowanych przez Lenovo. Nawiązanie do akurat tej konkurencji jest bardzo łatwo rozszyfrować – Lenovo było przecież sponsorem zimowej olimpiady. Może także kojarzyć się w jeszcze inny sposób – oto chiński smok z mamuciej skoczni będzie atakował pozycje swoich rywali i wskoczy na plecy Acera, HP, Fujitsu Siemens, Toshiby, albo poszybuje wysoko nad nimi, lądując na najwyższymi miejscu podium. Jeśli taki jest plan, to firmę czeka jeszcze długa droga do jego realizacji. Na razie Lenovo nie ustaliło dostatecznie precyzyjnie z kim zamierza się najaktywniej ścigać oraz w jaki segment rynku będzie mierzyć z urządzeniami własnej marki.

Przed Lenovo stoi bardzo poważne zadanie. Firma musi przekonać odbiorców, że produkowane przez nią komputery zasługują na to aby nosić logo IBM oraz, że sprzęt jaki oferuje pod własną marką może śmiało konkurować z obecnymi liderami bardziej masowego rynku. Jeśli chodzi o notebooki ze znaczkiem Lenovo już na pierwszy rzut oka widać, że to niższa półka niż IBM. „Obudowy są faktycznie trochę tańsze, ale bebechy to prawie to samo” – przekonują przedstawiciele Lenovo. W połączeniu z odpowiednio dobranymi cenami i należycie wysokim poziomem obsługi klienta Lenovo może faktycznie powalczyć o część rynku.

Nasza krótka ‚zabawa’ z nowymi notebookami IBM nie kończy się wnioskiem – „Kurcze, ale oni teraz tandetę klepią”. Wykonanie komputerów nie nosi widocznych „znamion transakcji” z azjatyckim partnerem. Ale to tylko bardzo pobieżne „testy”. Tak czy owak przywoływanie obiegowej opinii o chińskiej jakości rzadko ma teraz jakiekolwiek uzasadnienie. Dywagacje powinny sprowadzać się raczej do ogólnej dyskusji na temat jakości produktów i obecnej właściwie we wszystkich gałęziach przemysłu strategii pt. „Panowie, zróbmy to taniej”. Coraz trudniej natknąć się na urządzenie elektroniczne na którym nie widnieje metka „made in China”, a każdy kto widział np. chińskie wzmacniacze audio marki Vincent mógł na dobre wyzbyć się uprzedzeń. Zapewne nie wszystkich. Pewien porządek świata zostanie przecież zachowany – na przykład w branży motoryzacyjnej. Jeszcze długo, długo będziemy bardziej ufali produktom z Wolfsburga czy Stuttgartu niż propozycjom z fabryk należących do Jiangling Motors, Brilliance Auto czy Geely Holding.


Skomentuj